Wyprawa do Paryża – 14-21 październik 1992 rok

 

 

Członkowie:            Magda Kapuścińska                 - Dyrektor wyprawy

                        Elżbieta Darżynkiewicz            - Nadzwyczajna

                        Ewa Zalewska                                  - Kamerzysta

                        Danuta Cisek                           - Kronikarz

 

 

14 / 15 październik, środa odlot / czwartek przylot

 

            Co za muzyka? Czy to rzeczywistość czy marzenie? Przepiękne melodie, szampan, a przed nami tydzień w Paryżu. W najpiękniejszym mieście świata. Smutno mi tylko, że to nie Andrzej pokaże mi Paryż. Przecież zna to miasto jak własną kieszeń. Zawsze planowaliśmy, że pierwszy raz będę oglądała Paryż z nim jako przewodnikiem. Chyba trochę żałuję, że tak się nie stanie. Nie wiedziałam, że tak to będę odczuwała. To chyba ta muzyka przywołuje takie myśli. Muszę się z tego otrząsnąć. Będzie to przecież wielka przygoda ...

            Jak dotąd wszystko układa się wspaniale. Magda odbiera mnie o 15:30. O 16. odbieramy Elżbietę. Potem bez tłoku podróż na lotnisko. Parkujemy samochód na #48. Autobusik dowozi nas na właściwy terminal. Bez problemów i bez kolejki nadajemy bagaże (zmieniają nam tylko miejsca na nieco gorsze, ale jesteśmy w wyśmienitych humorach więc akceptujemy to bez problemu). Oczywiście Magda zaraz chce siusiu i jeść więc... najpierw do toalety, potem wymiana pieniędzy (chyba ze stratą), potem po jabłuszku i już wpuszczanie na samolot. Ja gubię gdzieś miejscówkę, ale jak tylko to zgłaszam to, oczywiście, zaraz ją znajduję. Miejsca mamy razem. Ja siedzę między Magdą i Elżbietą. My pijemy szampana, a Elżbieta bordeaux. Magda wynajduje wspaniały kanał i słuchamy pięknej muzyki operowej i czytamy przewodniki po Paryżu. Ela śpi. Już obie z Magdą z grubsza kończymy planowanie każdego dnia pobytu.

            Za godzinę będziemy w Paryżu. Obiad bardzo dobry. Szampan i armagnac też. Natomiast zaraz po rozpoczęciu wyświetlania filmu zasypiamy jak niemowlęta. Mnie bardzo dokucza kręgosłup. Ela śpi w „kółku ratunkowym” na szyji. Budzą nas na śniadanie. Jesteśmy objedzone i zadowolone. Magda robi się w tej chwili na bóstwo nakładając już trzecią warstwę makijażu. Ela przygotowuje się do wyjścia. Bardzo podobają mi się linie lotnicze Air France.

            Z lotniska bierzemy taksówkę. Wita nas drobniutki deszczyk, a potem słońce, które towarzyszy nam do końca pobytu w Paryżu. Jesteśmy w hotelu, Madeleine Plaza Hotel. Ja i Magda zajmujemy jeden pokój, a Ela i Ewa (jak do nas dojedzie) drugi. Hotel w starym budynku, ale pokoiki bardzo sympatyczne. Pochodziłyśmy już troche po okolicy, zwiedziłyśmy kosciół Św. Augustyna. Zrobiłyśmy pierwsze zakupy jedzeniowe: bagietka, masło i pyszne serki. Elżbieta padła i śpi, a my zjadłyśmy sobe pyszny branch i pijemy kawkę. O, właśnie dobiła do nas Ewa w pięknym płaszczyku. A w międzyczasie Magdusia przepaliła grzałkę elektryczną.

          Po złapaniu oddechu wyruszamy w naszą pierwszą wycieczkę po Paryżu. Przechodzimy prosto nad Sekwanę. Najpierw spacer po prawej stronie. Louvre jest ogromny. Nigdy sobie tak go nie wyobrażałam. Niestety, jest otoczony rusztowaniami i poprzetykany ogromnymi dźwigami, co jest może ciekawe, ale bardzo psuje nastrój. Sekwana, mosty i budynki przepiękne, naprawdę zatykające dech w piersiach. Wiele słyszałam jak piękny jest Paryż, ale nawet w najśmielszych marzeniach nie mogłabym wyobrazić sobie tego co zobaczyłam dzisiaj. Po przejściu jednym z mostów przechodzimy spacerkiem po lewej stronie Sekwany do Boulevard St. Michel. Wracamy na prawa stronę i zjadamy obiad, my po trzy slimaki, a Elżbieta naleśnik. Wszystko  pyszne. Ale za malutką butelkę wody zapłaciłyśmy 4 dolary. Skandal! Więcej nie pijemy wody w Paryzu. Zdecydowanie przerzucamy się na wino.

        Kupujemy nową  grzałkę elektryczną w ogromnym sklepie „Samaritaine”... i w Paryż. Dochodzimy do Katedry Notre Dame. Nie do opisania. Zapalamy świeczkę i w mrokach kościoła spędzamy około godziny. To miejsce musi robić wrażenie na wszystkich, niezależnie od wyznania. Piękno witraży przy szarych, starych murach jest czymś zupełnie niesamowitym. Mimo dużej ilości turystów można tam czuć się sam na sam z wiekami i z własnymi myślami.

            Niestety, byłyśmy niesamowicie zmęczone. Mądra Ela już godzinę wcześniej radziła wracać do hotelu, ale my żądne wrażeń nie chciałyśmy słuchać głosu rozsądnej osoby, jedynej zresztą w tym towarzystwie. Kiedy dobijamy wreszcie do hotelu padamy ze zmęczenia. Właściwie to padła Ela i ja. Magda, czując odpowiedzialność za nas wszystkie, zrobiła zupkę i herbatę, a potem siedząc usnęła. My z Ewą trochę pogawędziłyśmy. Magda po dziesięciu minutach zerwała się. Teraz obie z Ewą poszły na zakupy. Ja piszę. Ela śpi. Bolą mnie bardzo plecy. Co to będzie jeśli te bóle nie ustąpią?

            Magda i Ewa wracają. Budzimy Elżbietę. Zajadamy bagietki z pysznym serkiem Boursin. Pijemy koniaczek i jest uroczo.

 

 

16 październik, piątek

 

            Spałyśmy prawie 11 godzin. Ja wprawdzie z przerwami na leki przeciwbólowe, ale w sumie też spałam nieźle. O 9. pobudka, kąpiel, śniadanko i w Paryż.

            Pogoda śliczna, słońce i czyste niebo. Metrem dojeżdżamy do placu Trocadero. Ze schodów pałacu Chaillot oglądamy wieżę Eiffel. Wspaniałe. Potem spacer do wieży, wjazd windą na górę i podziwianie panoramy Paryża oraz rozpoznawanie sławnych miejsc, przy pomocy zdjęć umieszczonych na obramowaniu. Ogromne przeżycie.

Polami Marsowymi, Champs de Mars, przez plac Joffre dochodzimy do Avenue de la Motte Picquet. Tam dobry lunch z winem. Potem wzdłuż Ecole Militaire do Ave de Segur i nią do placu Vauban. Oglądamy grób Napoleona. Kiedyś pasjonowałam się historią jego życia i teraz czuję wzruszenie chodząc dookoła czerwonego sarkofagu, w którym podobno w sześciu trumnach leżą jego prochy. Krótkie odwiedziny muzeum broni i dalszy spacer Placem Iwalidów do mostu Aleksandra III. Po lewej mijamy Grand Palais, a po prawej Petit Palais. W obu pałacach urządzane są wystawy sztuki. I oto znajdujemy się na placu Clemenceau. W obie strony rozciągają się sławne Pola Elizejskie, Champs Elysées, wzdłuż których ustawiane są właśnie rzeźby columbijskiego artysty, Bodero. Opinie o rzeźbach mamy różne, Ewie podobają się bardzo, Elżbiecie bardzo się nie podobają. Opinia nasza, moja i Magdy, jest pewnie pośrodku.

Mój kręgosłup daje mi się we znaki już od kilku godzin. Ewa jeszcze powędrowała w kierunku Łuku Triumfalnego, a my metrem do hotelu. Magda i Ela poszły wrzucić karty pocztowe, a ja leżę i piszę. Nie pamiętam abym od lat miała tak przejmujący ból. Jestem przerażona.

Około 20. wieczorem, Magda, Ewa i ja wybieramy się na oglądanie Paryża nocą. Przechodzimy do Champs Elysées i wzdłuż nich do Łuku Triumfalnego i z powrotem aż do placu Concorde, prześlicznie oświetlonego. Oglądamy rzeźby, które wcześniej ustawiano. Tym razem owinięte w plastyk i oblepione plastrami. Wygląda to bardzo żałośnie. Uroczyste odsłonięcie odbędzie się następnego dnia.

 

Łuk Triumfalny, plac Concorde i Pola Elizejskie robią na nas wielkie wrażenie. Wracamy po 22. Ja z okropnym bólem kręgosłupa, ale zachwycona.

 

 

17 październik, sobota

 

Dzisiaj zwiedzałyśmy Paryż przez dziewięć godzin niemal bez przerwy.  Rano jedziemy na plac Pigalle. Piechotą do Sacré Coeur zbudowanego na szczycie wysokiego wzgórza. Po drodze spotykamy Gruzina, który karmi ptaki. Nauczył nas nieco co mamy robić. Dzięki temu mamy zdjęcia z ptaszkami siedzącymi na naszych dłoniach.

Ja niestety muszę, na rozkaz naszego lekarza, Elżbiety, od czasu do czasu kłaść się na schodach, aby rozciągnąć trochę mój kręgosłup. Na wzgórzu Montmartre wykupujemy zwiedzanie malutkim pociągiem. Zjeżdżamy uliczkami w dół do Moulin Rouge, tam oglądamy okolice i kabarety i z powrotem wąskimi uliczkami, niezwykle uroczymi, wjeżdżamy na wzgórze Montmarte pod restaurację La Bohčme. Potem jeszcze długo wędrujemy uliczkami schodząc w dół. Dziewczęta od czasu do czasu układają mnie na ławkach, aby moje plecy miały wytchnienie. Przy okazji i one też odpoczywają. Lunch jemy w miłej restauracji przy Boulevard Clichy. Magda i ja jak zwykle jemy ślimaki. W jednej z pośrod 36 muszelek Magda nie doszukała się ślimaka, kiedy skarży się na to zaraz dostaje następną porcje za darmo. Oczywiście dzieli się ze mną. Wspaniale dogadujemy się z kelnerem. Kiedy prosimy o dwa osobne rachunki (Ewa i Elżbieta jadły to samo, a Magda i ja też), „two SEPARATE bills”, dostajemy dwa OSOBNE piwa, beers. Śmiejemy się wszyscy, a kelnerzy z radością wypiją dwa osobne piwa. Jest bardzo sympatycznie. Po lunchu rozchodzimy się. Elżbieta do La Fayette na zakupy, Ewa nad Sekwanę, a my z Magdą najpierw na plac Bastylii, potem piechotą do Centre Pompidou (autentyczna fabryka, coś niesamowitego), ciekawostka ale według mnie w złym stylu. Jest to ogromna fabryka na zewnątrz, a w środku: wystawy nowoczesnych mebli i innych przedziwnie zaprojektowanych eksponatów, nawet nieźle urządzone i ciekawe. Przed „fabryką” ogromny plac, na którym dzieją się przedziwne rzeczy: sprzedaż różności, występy domorosłych artystów, tańcząca w transie dziewczyna i inne cuda. Na placu Bastylii zachowujemy się jak niedouki. Pytamy zatrzymaną dziewczynę gdzie jest Bastylia, a ona ze spokojem informuje nas, że Bastylia została zburzona. Uśmiałyśmy się nieźle z siebie, ale trzeba przyznać, że wybrnęłyśmy też dość inteligentnie stwierdzając, że obejrzeć chcemy lochy, co zresztą nie było prawdą. Żadna z nas nie chciała oglądać narzędzi tortur.

Piękną ulicą Św.Antoniego, wzdłuż Hotel de Ville, doschodzimy do Forum des Halles. Nowoczasna budowla w srebrze i lustrach wśród starych, pięknych domów i kościołów. Znów duże wrażenie, szczególnie w zestawieniu z ogromnym, bardzo starym kościołem Św. Eustachego. Forum des Halles pełne ludzi i gwaru. Uciekamy więc stamtąd szybko. Takie uroki mamy w Stanach.  Metrem wracamy na plac Św.Augustyna. Tam mamy nasz sklepik, Franmart, gdzie zaopatrujemy się w wiktuały, bo śniadania i kolacje jadamy w hotelu. O siódmej wieczorem dowlekamy się do pokoju. Elżbieta już od godziny jest w domu, po przymierzeniu setki kapeluszy i beretów. Jednak nic nie kupiła. Ewa wraca o godzinę później. Wszystkie zmęczone ale zadowolone. Ja dzisiaj czułam się o wiele lepiej. Magda i Elżbieta też stwierdziły, że dzień dzisiejszy był mniej męczący, pewnie dzięki częstym przerwom oraz temu, że część zwiedzałyśmy tym małym pociągiem, a ja kilka razy odpoczywałam na ławkach i schodach. W tej chwili Ewa i Elżbieta poszły do siebie, Magda już śpi, a ja za chwilę też będę usypiała.

 

 

18 październik, niedziela

 

Chciałyśmy rozpocząć niedzielę Mszą Świętą w Notre Dame, ale przyszłyśmy już po rozpoczęciu i nas nie wpuszczono; nie wolno wchodzić w czasie mszy. Poszłyśmy więc przez most nad Sekwaną na drugą wyspę, Św. Ludwika. Zrobiłyśmy sobie zdjęcie pod Biblioteką Polską, odwiedziłyśmy polską księgarnię (też tylko na zewnątrz, bo to niedziela i wszystko pozamykane). Przeszłyśmy prześlicznymi, urokliwymi uliczkami do Hotelu Lambert. Elżbieta próbowała nas przekonać, że północ jest na wschodzie, ale robiła to NADZWYCZAJ sympatycznie więc jej wybaczyłyśmy. Następnie, brzegiem Sekwany, wróciłyśmy do mostu i przeszłyśmy na lewą stronę rzeki.. St. Germain doszłyśmy do Cluny. Obejrzałysmy resztki murów gallo-romańskich, następnie wąskimi uliczkami doszłyśmy do Placu Sorbońskiego. W kaplicy Sorbony obejrzałyśmy przedziwną wystawę. Najpierw myślałyśmy, że oglądamy malarstwo, ale kiedy przyjrzałyśmy się dokładniej eksponatom, ze zdziwieniem zobaczyłysmy, że to wycinanki. Na przykład lampa naftowa, (zrobiona podobnie jak pamiętam na odpustach kupowało się takie rozciągane gruszki i inne owoce), ustawiona na tle obrazu przedstawiającego cień światła. Inne kompozycje to wycięte butelki – prześliczne, marynarka z papieru wisząca na krześle, którą chciało się na siebie włożyć, zasłona, która urzekła Magdę i sad – drzewa owocowe z owocami i ptakami, wśród których spacerowaliśmy. Następnie zwiedziłyśmy bibliotekę i czytelnię Sorbony. Czuło się wszędzie atmosferę lat i pracy. Byłam wzruszona. Potem zwiedziłyśmy Panthéon: groby sławnych ludzi w podziemiach i tarasy z przecudnymi widokami. Na tarasy wspinałyśmy się po ponad dwustu stopniach i to bardzo wąskich. Jednak było warto. Z Panteonu znów na Plac Sorboński, bo Elżbieta chciała koniecznie wejść na chwilę na dziedziniec Sorbony, ja zresztą też miałam na to ochotę. Niestety, nie wpuszczono nas. Zadowolić się musiałyśmy lunchem w brasserie sorbońskim, i to nienajlepszym.

Zwiedziłyśmy tego dnia także Ogrody Luksemburskie, przeszłyśmy alejami wzdłuż posągów i przedziwnie ukształtowanych drzew. Odprowadziłyśmy Elżbietę do metra, bo jej nogi już gdzieś tam wchodziły, że nie powiem, a same pojechałyśmy na cmentarz Pčre Lachaise. Tam odwiedziłyśmy grób Chopina tonący w świeżych kwiatach, bo 17 października była rocznica jego śmierci. Był to bardzo wzruszający moment, szczególnie dla mnie, bo myślałam o Andrzeju, który 20 lat temu był tutaj sam. Przysłał nam prześliczne zdjęcie-slaid, które często wieczorem wyświetlałam synom przed zaśnięciem. Szukając grobu Balzaka zgubiłyśmy Ewę i niemal w ostatniej chwili przed zamknięciem opuściłyśmy cmentarz. Czekałyśmy bardzo długo, jeszcze pół godziny po zamknięciu bram. Wreszcie zziębnięte zrezygnowałyśmy i około 18:30 wróciłyśmy do hotelu. Ja przebrałam się, odświeżyłam, bo byłam zaproszona na wieczór od Ewy Osińskiej. Dziewczęta postanowiły pojechać specjalnym autobusem zwiedzać Paryż nocą. Ewa wróciła około 20 wieczorem. Wycieczka autobusem udała się. Dziewczyny wróciły około 1 rano zachwycone.

Po mnie, o 19, przyjechały Ewa i Ciocia Jadzia, która też właśnie była w Paryżu. Zabrały mnie do siebie na kolację. Było niezwykle uroczyście i sympatycznie. Ewa mieszka prześlicznie. Wygląda młodo i ładnie. Ciocia wręcz nadzwyczajnie. Właśnie 5 października  skończyła 80 lat, a wygląda ślicznie i najwyżej na 60. Zawiozłam Paniom po czerwonej róży, a tam dom tonął w kwiatach, bo w piątek Ewa miała koncert i to w operze paryskiej. Szkoda, że nie dodzwoniłam się do niej wcześniej, bo byśmy mogły być na jej koncercie. Andrzej, mąż Ewy, był bardzo sympatyczny, a dzieci urocze. Ania przeraźliwie wysoka i szczupła, 182 cm wzrostu i śliczna. Jaś niższy, z długimi włosami związanymi z tyłu i w okularach. Oboje sympatyczni i dobrze ułożeni. Ania studiuje ekonomię, a Jaś literaturę, oboje na Sorbonie. Jedzenie pyszne, wino wytrawne dokładnie dobrane do potraw i w ogóle uroczo.

Około 23, po telefonie Hani, siostry Ewy, z Polski, Ciocia, Ewa i ja pojechałyśmy na oglądanie miasta w światłach. Coś wspaniałego. Ewa, zakochana w Paryżu, była wspaniałym przewodnikiem. Na szczycie Montmartre, w uroczej kawiarence La Bohčme, wypiłyśmy gorącą czekoladę. Na ulicy tańczono i było naprawdę tak jak wyobrażałam sobie Paryż nocą, a może nawet jeszcze piękniej.

Urocze i wzruszające było to spotkanie z Ciocią i Ewą. Ewa zaproponowała występ na konto Funduszu Jerzego Łojka w naszym domu w Nowym Jorku. Obie były wielbicielkami Jerzego Łojka. Teraz to należy do mnie, aby tą uroczystość zorganizować. Ewa także zaprosiła nas, wszystkie cztery dziewczyny, do siebie na obiad we wtorek. Wróciłam o 2 nad ranem. Dziewczęta spały. Ewa podobno dostała pożądną reprymendę od Magdy.

 

 

19 październik, poniedziałek

 

Elżbieta poszła na zakupy, a reszta do Louvre. Chyba 80% wizytujących to Polacy, dzieci, dorośli i starcy. To budujące, ale niestety za zachowanie Polaków kilka razy musiałyśmy się wstydzić. Wielu z nich nie zwraca żadnej uwagi na zakazy fotografowania czy też śmiecenia, lub też prośby o ciszę. Kupujemy bilety (31 franków każdy) i wyruszamy. Nike z Samotraki, Mona Lisa, trochę malarstwa hiszpańskiego, poszukiwanie impresjonistów (niestety przeniesieni do Musee d’Orsay, gdzie oglądałam je kilka lat później kilka razy), rzeźby Venus z Milo, gladiator, i trochę replik. Wszystko biegiem. Ja miałam ochotę na dłuższe pozostanie w Louvre, ale zdecydowałam się nie oddzielać się od grupy; szczególnie dlatego, że z przerażeniem uświadomiłam sobie, że mamy jeszcze tylko jeden dzień na zwiedzanie tego niezwykłego miasta (i znów słusznie, bo później udało mi się jeszcze dwa pełne dni spędzić już na spokojnie w Louvre). Zestawienie nowoczesnej „piramidy”, zbudowanej ze szkła i metalu) – obecnego wejścia do Louvre - ze starym, dostojnym budynkiem było raczej szokujące. Mnie osobiście takie przeciwności nie rażą, pod warunkiem, że są obie w dobrym smaku..

Około 14 spotkałyśmy się w ślicznej, typowo francuskiej restauracyjce na ulicy Richelieu 52. Nastrój trochę nostalgiczny, sympatyczny kelner i pyszne jedzonko z dobrym winem. Tym razem nie podano nam piwa zamiast rachunku. Byłyśmy zachwycone miejscem. Śliczne koronkowe firaneczki, różowe serwety, dekoracje myśliwskie i w ogóle uroczo. Wszystko to ukryte w równie uroczym zaułku, do którego nigdy byśmy nie trafiły gdyby nie nasza Nadzwyczajna, która wynalazła to miejsce w przewodniku. Sama dobiła do nas nieco później, po niezbyt udanych zakupach, ale jak zwykle w dobrym humorze. Po obiedzie, spacerkiem, przeszłyśmy nad Sekwanę. W Pont Neuf wzięłyśmy stateczek i podziwiałyśmy Paryż z Sekwany. Najpierw w górę rzeki: Louvre, Musée d’Orsay i Assemblée Nationale po lewej. Place de la Concorde, Grand Palais i Chaillot po prawej, dalej wieża Eiffla i Plac Inwalidów po lewej. Powrót i w dół rzeki dookoła wysp na Sekwanie z widokiem na Instytut Arabski, Palais de Justice, Notre Dame, Hotel Lambert, wzdłuż ślicznej wyspy Świętego Ludwika i widok na Hotel de Ville. Wycieczka informująca i przyjemna z bardzo sympatyczną przewodniczką. Trochę zbyt duży wiatr.

Po wylądowaniu wybrałyśmy się do Dzielnicy Łacińskiej; wąskie uliczki, greckie sklepiki i malutkie restauracyjki. GYRO w każdej z nich (gyro to taka wieża mięsa opiekająca się na patyku). Pełno ogromnej wielkości krewetek i pełno różnych specjałów ...i ludzi. Zwiedziłyśmy wiele uliczek, przy okazji już poraz drugi kościół Św. Seweryna. Szukałyśmy Teatru Chansonetek. Wreszcie znalazłyśmy. Na szczęście tego dnia był zamknięty, bo tylko nasza Elżunia miała ochotę na wydanie 100 franków na tą wątpliwą przyjemność. Jeszcze raz spacerkiem, przez most, na prawą stronę Sekwany i ostatnimi siłami do Metra i powrót do naszego hotelu. Tym razem idąc mostem żegnałam się z Sekwaną i było mi bardzo smutno. Miasto jest zbyt piękne by zwiedzać je tak krótko. Marzyłam, że mogłabym zostać tu dłużej, na luzie, bo nasze tempo zwiedzania było jednak mordercze.

 

 

20 październik, wtorek

 

Ostatni dzień.

Wczesnym rankiem wyjazd do Wersalu. Na 10:30 już pod Pałacem. Imponujące miejsce. Pałac ogromny. Pod opieką przewodniczki obejrzałyśmy apartamenty królewskie. Przewodniczka niesamowita. Nazwałyśmy ją indyczką, bo gulgotała po angielsku przeraźliwie wysuwając język i śpiewając. Przez pierwsze minuty nie rozumiałam prawie nic, potem jednak z wysiłkiem zaczęłam rozumieć niektóre ze słów. Miała ogromną wiedzę i mówiła ciekawie, ale jednak nie było to w porządku, że kogoś z taką wymową można zaakceptować na przewodnika. Apartamenty królewskie bardzo interesujące. Kilka niezwykłych okazów takich jak zegary, biurka i dekoracje z czasów Ludwików XIV, XV i XVI. Po zwiedzeniu apartamentów prywatnych chciałyśmy zwiedzić salę lustrzaną i inne sale przyjęć. Niestety, kolejka była ogromna i musiałyśmy, z bólem serca, zrezygnować z dalszego zwiedzania wnętrz. Magda i Ela umierały z głodu więc poszły na poszukiwanie kawiarenki. Ewa i ja zwiedzałyśmy ogrody i oranżerie.  Absolutnie piękne i nie do opisania, z oszałamiającymi widokami na aleje ciągnące się kilometrami, przetykane basenami i fontannami.

Z Wersalu pojechałyśmy na obiad do Ewy Osińskiej. Były Ciocia i Ewa. Obiad bardzo smaczny i ciekawy: arabski Kus-Kus, mus czekoladowy i wyborne wina. Ewa Zalewska nakręciła film i nagrała pozdrowienia od Cioci i Ewy dla Andrzeja. Wyobrażam sobie jak to go ucieszy. Ewa niezwykle miła, a Ciocia całkowicie zawojowała dziewczyny. Cały czas zasypywała nas anegdotami i opowiadaniami swoich doswiadczeń, a miała o czym opowiadać. Bolały nas żebra od śmiechu. Po obiedzie Ela pojechała znów na zakupy, a Ewa z Ciocią podwiozły nas najpierw pod fontannę Varsovie, gdzie wrzuciłyśmy pieniążki z nadzieją, że będziemy miały szansę na powrót do tego miejsca. Ja dodatkowo wrzuciłam także 5c, które dała mi w tym celu Jeannette, koleżanka z pracy, która marzy o odwiedzeniu Paryża (i ona i ja byłyśmy później w Paryżu, więc może to się sprawdza?) Jeszcze podjechałyśmy pod samą wieżę Eiffla (Ewa mieszka bardzo blisko). No i czas na pożegnanie mimo, że Ewa chciała nas dalej eskortować. Już same spacerowałyśmy jeszcze trzy godziny tym razem już zdecydowanie żegnając się z Paryżem. Przeszłyśmy chyba dobrze ponad kilometr nad samą Sekwaną w światłach i mroku. Oglądałyśmy barki, w których mieszkają ludzie, z ogródkami  i tarasikami, z rowerkami i innymi zabawkami porzuconymi przed snem przez dzieci. Przechodziłyśmy pod wierzbami płaczącymi, oglądałyśmy efekty świetlne, kiedy to przesuwające się po rzece stateczki reflektorami oświetlały budynki, które po przepłynięciu statku pogrążały się w mroku nocy. Tylko wieża Eiffla była oświetlona przez cały czas. Idąc wzdłuż Sekwany wzruszona przytuliłam się do Magdy. Zrozumiałam dlaczego zakochani chcą spędzać swój miodowy miesiąc w Paryżu. Ogrodami Tuilleries przeszłyśmy do placu Concorde. Tym razem obelisk i wieża Eiffla psuły mi trochę wrażenie całości. Wydawało mi się, że te dwa obiekty nie wkomponowują się w Paryż. Zaszłyśmy jeszcze do apteki, gdzie kupiłyśmy po kilka mydełek. Magdusia po długim głaskaniu ręki przez przystojnego farmaceutę wydała 50 dolarów na cudotwórczy puder, po którym obie z Ewą wyglądały jak nastolatki. Dobiłyśmy do hotelu raczej już w minorowych nastrojach. Po chwili wróciła Ela. Tym razem z zakupami: oliwkowe pończochy z koronkami i z napoleonkami, na wieczór pożegnalny. Niestety, wymarzone skarpetki z suwakami  zostały sprzedane na kilka godzin przed przybyciem do sklepu naszej Eli. A przymierzała się do nich przez ostatnie kilka dni.

Pakowanie walizek. Ela i Ewa kupiły chlebek i śledzia za ostatnie wspólne pieniądze. Magda znalazła pół butelki wina na półce pod ubraniem no i ...BAL. Elżunia nie ma ochoty wracać. Ja też. Ewa zostaje jeszcze trzy dni w Paryżu, a potem autobusem jedzie do Polski. Tej to dobrze. Magda czuje się źle. Grypa czy alergia? Po długim ociąganiu się Ela decyduje się na powrót do swego pokoju. Jest nam smutno.

Było uroczo. Miło będziemy wspominać Paryż i nasz tu pobyt.

Jutro odlot. Pogoda nam dopisała wspaniale. Cały czas słońce, nie widziałyśmy deszczu. Cudowny Paryżu DOBRANOC!!!

 

 

21 październik, środa

 

Wstałyśmy o siódmej. Pakowanie, wymiana pieniędzy, opłaty i metrem z kilkoma przesiadkami, na lotnisko. Elżunia jest Nadzwyczajna*, Magda Dyrektor, ja nadworny Kronikarz, a Ewa Operator kamer. Super grupa. Już zaczynamy plany na następną wycieczkę. Teraz lecimy. Już za godzinę będziemy w Nowym Jorku, a jutro do pracy – niestety.

 

* Nadzwyczajna o mały włos nie zostawiła walizki w pociągu “RER”. Na szczęście inny pasażer zauważył i wyrzucił je na peron.

 

***

 

Paryż – najpiękniejsze miasto świata? Tak wtedy myślałam. Niestety, szybko zmieniłam zdanie zwiedzając świat. W latach późniejszych, jeszcze wiele razy byłam w Paryżu i miałam okazję najpiękniejsze miejsca odwiedzić kilkakrotnie. Wciąż zachwyca mnie katedra Notre Dame, Musée d’Orsay, otoczenie Sekwany. Odwiedziłam Bibliotekę Polską i potem zwiedziłam całe miasto z artystą, Polakiem z pochodzenia, zakochanym w Paryżu. Pokazywał mi miejsca, które znajdują się poza szlakami turystów. Niestety miasto z każdym rokiem zmienia się na gorsze, brudniejsze, mniej zadbane i bardziej niebezpieczne. A szkoda.

 

To chwalone przeze mnie Air France okazała się być jedną ze słabszych linii lotniczych. Później, będąc częstą ofiarą strajków obsługi tych linii i dużych opóźniej, diametralnie zmieniłam zdanie o nich.